Powiem szczerze, że wyobrażenia mogą bardzo się różnić od faktów. Myślałam, że w Anglii są doskonałe drogi, nowoczesne pociągi i liczne połączenia autobusowe. Byłam tam jako dziecko na kursach językowych, ale wtedy dowożono mnie na miejsce, teraz jednak okazało się, że niestety nie jest łatwo podróżować po tym kraju.
Postaram się posłużyć przykładami, żeby uczciwie opisać jak podróżuje się po Anglii. Z Bath do Broadway, które są oddalone o ok.115 km podróż pociągiem zajęła mi 5 godzin, wliczając 40 minutowy czas oczekiwania na stacji pośredniej w Worcester. Nie myślcie sobie, że to było jakieś złe połączenie. Przemiły człowiek na dworcu w Bath celowo zarezerwował mi takie najwygodniejsze i najszybsze. Zaznaczył, że najwygodniej będzie dostać się  pociągiem do Evesham,

IMG_5178

tam jest duży dworzec autobusowy i nie będzie problemu z transportem do Broadway. Duży dworzec okazał się czterema przystankami po 2 z każdej strony ulicy. Celowo piszę, że były po dwóch stronach ulicy. Już wyjaśniam o co chodzi. Podeszłam do jednego z przystanków, czytam, następny autobus za 3 godziny. Trochę się zdziwiłam, że tak rzadko są połączenia, bo do celu zostało mi zaledwie 10 mil. Zapytałam zdziwiona i przypadkowa Pani poradziła mi przejście na drugą stronę ulicy i sprawdzenie na tamtych przystankach. Tak też zrobiłam i słuchajcie – bingo. Znalazłam autobus, który odjeżdżał już za godzinę. Zupełnie szczerze, nie wpadłabym na pomysł, że do tej samej miejscowości odjeżdżają autobusy z dwóch różnych stron ulicy.

O tym już pisałam, ale powtrórzę dla tych, którzy nie czytali innych artykułów z mojej podróży po Anglii. W niedzielę nie jeżdżą autobusy na brytyjskiej wsi. Nic – zero połączeń. Dobrze, że zapytałam o transport w sobotę, bo miałam zapas czasowy, żeby jakoś rozwiązać ten problem. No dobra, to pojadę taksówką. A tu kolejne zasokoczenie. Chcesz jechać jutro , super, ale musisz zamówić taksówkę dzisiaj. Takie tam zwyczaje na brytyjskiej wsi. Mówię Wam, nie podróżuje się łatwo. Dużo czasu i kiepskie połączenia. Wracając do taksówki. Pana zamówiłam w sobotę i okazał się bardzo miły. Richard zawiózł mnie do celu. Kontaktowałam się z nim jeszcze kilkakrotnie, gdy inni niezorientowani podróżnicy, których spotykałam na mojej drodze nie mieli transportu i trzeba było im pomóc.

Zdecydowanie wygodniej podróżować samochodem. Lewostronny ruch jest trochę przerażający na początku, ale jak do wszystkiego można się przyzwyczaić.  Zauważyłam, że Anglicy namiętnie używają klaksonów. Nie ma miejsca na pomyłki. Jak coś źle zrobisz lub nawet za wolno jedziesz, bo oni jeżdżą dosyć szybko, to od razu trąbią. Drogi również nie rozpieszczają, wąskie, często poprowadzone przez sam środek miejscowości, bez pobocza. Na stacjach benzynowych nie zawsze jest toaleta, a raczej jej nie ma. Przyznam szczerze, że myślałam, że zobaczę więcej przez 2 tygodnie.  W sumie dobrze wyszło. Cieszę, że to była slow travel, bo mogłam odpocząć i pocelebrowac tą podroż.

 To co było miłe to ludzie, szczególnie w mniejszych miejscowościach – pomocni i serdeczni. Celowo piszę o mniejszych miejscowościach, bo w Birmingham nikt nie chciał mi pomóc. Miejscowy bezdomny wskazał mi mój hotel, elegancko się ze mną pożegnał i ponarzekał, że w tym mieście ludzie są straszni. Pewnie jest w tym trochę prawdy. Wszyscy pędzą i jest fast, a my chcemy slow. Birmingham nie jest po prostu dla mnie. Mam wrażenie, że w każdym kraju tak jest. W dużych miastach wszyscy pędzą i nie ma co liczyć na uwagę. Dlatego z całą odpowiedzialnością, tym którzy podróżują samotnie, polecam mniejsze miejscowości i odwiedzajcie puby, gdzie oprócz towarzystwa znajdziecie każdą informacją. Mnie właśnie w pubie polecili solidnego i taniego kierowcę.

Wniosek z mojego artykułu płynie chyba taki, że podróżowanie po Anglii jest fajne, ale dość wymagające logostycznie i czasowo. Drugi z kolei to taki, że jak macie problem to szukajcie pomocy w pubach, zwykle nie odejdziecie z kwitkiem tylko miejscowi spróbują pomóc. To tyle na dzisiaj:-) Pa pa